poniedziałek, 16 czerwca 2014

czwartek, 5 czerwca 2014

Samotność w praktyce. O stadności, cz. II


Witam serdecznie,
ostatnio pisałam o tym, że szczury kategorycznie potrzebują towarzystwa innych ogonków, gdyż samotność jest w ich przypadku zwyczajną krzywdą. Dziś pozwolę sobie przedstawić Wam Malinę. Będzie długo, ale mam nadzieję, że ciekawie :)

Malina jako roczna samica wylądowała u mnie po 7-godzinnej podróży pociągiem we wrześniu ubiegłego roku. Łączenie - wspólny wybieg na terenie neutralnym z Eleną i Etą - rozpoczęłam dopiero pod koniec lutego tego roku. Hipokryzja? Nie. Malina przez całe swoje życie była samotna, co odbiło się na jej psychice.


Nerwowe początki
Nie powiem: poprzedni domek ogólnie nie był domkiem złym. Otrzymałam szczura idealnie białego, dużego, zadbanego - wspaniałego! Niestety, domek popełnił ten błąd, że nie zadbał należycie o towarzystwo dla niej. Tak jak mnóstwo innych domków, które mają po jednym ogonie.
Malinek wylądował więc u nas. Przeżyła szok. W małym mieszkaniu stoją dwie klatki. Z jednej obserwuje ją czujnie Elena, zza której wygląda ciekawie Cik, w drugiej Perperuna i Lela przeskakują przez siebie nawzajem, by zobaczyć, kto to przyjechał. Nowa miała zamieszkać z nimi. Nieznany teren, do tego Perperuny były malutkie, miały niecałe 2 miesiące - idealna sytuacja do łączenia, wydawałoby się. Tymczasem łączenie skończyło się praktycznie natychmiast. Na wybiegu maluchy nawet nie zdążyły zauważyć napuszonej Maliny, która jak wielki, biały czołg biegła w ich stronę w zamiarach co najmniej złych - takiego startu nigdy nie widziałam u żadnej samicy (bojowe baby to moja specjalność...), a to przecież dzieci i miejsce dla niej zupełnie obce! Szczury rozdzielono od razu, nim do czegokolwiek doszło.

Następnego dnia zdałam sobie już całkowicie sprawę, kogo sprowadziłam do domu. Kolejność wybiegów: Elena i Eta, potem dzieciaki, później Malina. Z tym, że koło Maliny strach było siedzieć. Puszyła się niesamowicie, mrużyła oczy i fukała na sam zapach innych samic. Jej bieganie po łóżku przypominało szukanie celu - celu, który tak silnie pachnie, więc musi tu być. Trzeba go zniszczyć. Celem parokrotnie okazała się moja ręka, gdy dotykałam tego nowego "szczęścia" na wybiegu - jako albinos nie widzi, a skoro czuła ode mnie szczura, automatycznie stawałam się szczurem...

Trzy klatki w jednopokojowym mieszkaniu. Malinowa wcale nie była mała - normalna klatka na 4 samice, taką dysponowałam. Trzy półtoragodzinne wybiegi dziennie, ja wracałam z pracy o 18, a jeszcze zakupy, a lekarz, a weterynarz, a 5 milionów innych rzeczy skutkujących brakiem mózgu wieczorem. Szczurów nie obchodzi. Wypuść mnie babo! A że następnego dnia do pracy? Co tam praca, prawda? W ten sposób przez dwa miesiące.

Pozwolenie na start
Po odejściu z pracy (spokojnie, nie przez szczury) było nieco łatwiej z samą organizacją, ale wybiegi Maliny wysysały z człowieka energię. Ręka na złapanie zębami mogła zawsze liczyć, jak wyraźnie czuć było na przykład Eleną. Ba, Malina stawała pod balkonikiem Eleny (Poziomki miały zawsze otwartą klatkę i biegały sobie po doczepionych "balkonikach") i rzucała wyzywające fukania w jej stronę, na co Pani Caryca patrzyła na nią jak na idiotkę. Wykastrowanie białej panny nie pomogło. Ile potrzebowała czasu, by pogodzić się z faktem, że po tym łóżku też chodzą inne szczury i trzeba z tym żyć? Plus-minus 4 miesięcy. Na faktyczną próbę łączenia zdecydowałam się, gdy zauważyłam, że już na moje ręce, które czuć szczurami, nie reaguje puszeniem się i nerwami, i że w miarę normalnie spędza wybieg na łóżku, po którym chodził wcześniej inny szczur.

Perperuny wkrótce miały odjeżdżać do hodowli na krycia, więc łączenie z nimi nie miało sensu, ponadto nie obroniłyby się w razie napadu agresji. Elena i Eta to co innego. Pani Caryca zwłaszcza, bo zębów chętnie używała i miała bardzo silny charakter, więc może się nie udać, może dojść do niebezpiecznych zęboczynów - no ale trudno, lepszego stada nie było. No to jedziemy...

Zderzenie z cywilizacją
Wierzcie lub nie - widać, kiedy szczur żył sam przez długi czas. Jest mu trudniej nawiązać relację ze stadem i Malinowe nie jest pierwszym takim przypadkiem u mnie. Była spięta. Wprawdzie nie chciała już rzucać się na dziewczyny, ale była nieufna do granic możliwości i na pierwszym wybiegu, napuszona, trzymała się na dystans, obiegając je w odległości około pół metra. Gdy wreszcie zdecydowała się na kontakt, podeszła ostrożnie do jednej z nowych koleżanek i - tak po prostu - uderzyła ją zębami w pysk. Wobec braku ich reakcji już nieco pewniej podchodziła, ale raczej po to, by postraszyć i zademonstrować, że jest duża i silna. Serdecznie dziękowałam Elenie za to, że przy jej trudnym charakterze i braku chęci do patyczkowania się toleruje te zachowania - zupełnie, jakby rozumiała, że ma do czynienia z dzikusem, którego nie dotknęła szczurza cywilizacja. Raz jeden skoczyła na Malinę, gdy ta, po raz kolejny zresztą, podeszła do Ety i z pełną premedytacją pociągnęła ją mocno za futro (tak, szczury świetnie potrafią bronić się nawzajem). Trwało to chwilę, poleciało trochę futra, stały naprzeciwko siebie napuszone, złe, machając na siebie powoli łapkami - wymiana zdań. Po tej Malina odeszła na koniec stołu, ewidentnie przestraszona tym, że ktoś mógł na nią tak naskoczyć za takie zachowanie. Napuszyła się znów, wymachiwała ogonem z końca stołu, ale nie podeszła. "Koniec" - myślę, ale próbujemy dalej, wszak krew się nie polała. I chyba łomot od Eleny podziałał, bo panna zaczęła się powoli przełamywać. Puszyła się jeszcze na ich widok, ale tylko przez pierwsze kilka sekund. Coraz częściej podchodziła po to, by najpierw posiedzieć w pobliżu nich, później obok, wreszcie po raz pierwszy przytuliła się do Eleństwa.


Od lewej: Elena, Malina

Miałam zaczynać kolejny etap łączenia - mały transporter. Niestety, szczurze życie jest kruche - feralnego dnia znalazłam Elenę martwą. Chorowała na serce, ale to za wcześnie na taki zgon... Jednak między jednym wybuchem płaczu a drugim trzeba było pomyśleć o szczurach, które "osierociła" - Ecie, z którą mieszkała i która właśnie została sama, i Malinie, która całe życie mieszkała sama, a Elena wyprowadziła ją na prostą i dała nadzieję na stado pod swoim przywództwem.
Po dniu żałoby (tak już mam, że daję szczurom dzień lub dwa na oswojenie się z brakiem towarzysza) zaczęłam łączenie. Z Etą Malina miała słabszy kontakt, ale... wychodzę z założenia, że szczury są empatycznymi zwierzętami. I faktycznie, zacieśniły więzi. Szybko wylądowały razem w transporterze, potem w klatce.
Po ośmiu miesiącach pobytu u mnie i w wieku około roku i ośmiu miesięcy Malina zyskała swoje pierwsze, maleńkie stado - Cika.


Jak to u szczurów, spokój długo nie trwał. Dosłownie kilka dni po łączeniu Eta musiała wylądować na stole operacyjnym z powodu nawracającego ropomacicza. Miała guza przysadki, mogła nie przeżyć. Przeżyła i po 10 dniach wróciła do Maliny. Na kilka dni było w porządku. Później Ecie, nagle, w dramatycznym tempie zaczęły słabnąć tylne łapki - leki nie pomogły, Cik został sparaliżowany od bioder po ogon. Mieszkały dalej razem, choć nie stanowiły idealnie dobranej pary - inwalidka nie mogła dotrzymać zawsze towarzystwa Malinie, Malina dla szczura "bez nóg" była zbyt gwałtowna. Lepszej opcji jednak nie było. Na szczęście, albinoska schodziła na dół klatki do Ety i iskała ją i dbała, jak tylko umiała - choć umiała stosunkowo niewiele.
Wkrótce pojawili się nowi wrogowie na horyzoncie, z którymi nie byliśmy już w stanie walczyć: Etę nagle silnie zaatakowały płuca, serce i układ moczowy. Odeszła we wtorek, w tym tygodniu. Malina, po miesiącu, znów została sama.

Epilog
Bez przekonania zaczęłam kolejne łączenie - tym razem Maliny ze stadem Perperuny. Młodym, wesołym, zgranym. Pamiętam problemy podczas jej pierwszych łączeń, jak bez namysłu atakowała najpierw maluszki, potem puszyła się i fukała na wszystko, co pachniało innym szczurem, jej reakcję na wspólny wybieg z Eleną i Etą. One nie chciały jej dominować. Nawet nie narzucały jej się z kontaktem - raczej czekały, aż ona przyjdzie. Tymczasem młodzież, jak tylko zobaczyła obcego szczura, od razu wskoczyła mu na głowę. Nel, Oleńka, Madara, Lela - wszystko, z wyjątkiem alfy, która nową koleżankę tylko grzecznie powitała. Co zrobiła Malina?

Nic. Dziś ostatni etap łączenia: wspólna noc. Przez cały dzień widywałam takie obrazki jak ten:


Ten duży, biały szczur otoczony maluchami i młodzieżą to właśnie Malina. 

Wnioski:
Po agresji wobec niespełna 2-miesięcznych malców, puszeniu się na widok transportera i po uzyskaniu karnego dziaba za zapach innych szczurów na rękach byłam przekonana, że mam do czynienia z samotnikiem. Ośmiu miesięcy Malik potrzebował na to, by móc stanąć z innym szczurem oko w oko, na dystans, z moją pełną gotowością do kolejnego poświęcenia ręki - z agresywnymi szczurami nie ma żartów. Masa wybiegów na terenie neutralnym, by mogła zobaczyć, że inny szczur to coś zupełnie normalnego. Miesiąc mieszkania z drugim, spokojnym szczurem. Tyle czasu zajęło mi odkrycie najbardziej prawdopodobnej przyczyny jej wcześniejszej agresji. Z tego, co ją poznałam stwierdzam, że bała się innych szczurów i dlatego chciała atakować wszystko, co było z nimi związane. W końcu atak jest najlepszą obroną. Dziewięciu miesięcy potrzeba było do przekonania się, że Malina jest i zawsze była szczurem w 100% normalnym, czyli mogącym funkcjonować w stadzie. Wcześniej po prostu nie miała na to szansy. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie samotność. 

Mamy happy end :) Pozostaje modlić się, bym któregoś dnia mogła napisać i razem żyły długo i szczęśliwie. 

Z Maliną oraz jej nowym, sporawym już stadem, życzymy wszystkim samotnym ogonkom podobnego zakończenia, a opiekunom - dużo cierpliwości przy łączeniach! :)

wtorek, 13 maja 2014

O hodowli i hodowli

fot. Ola Brzeska

W przerwie między częściami o stadności wpadło mi w oko w tzw. internetach coś, co według mnie zdecydowanie wymaga komentarza, bo może mniej doświadczone osoby, poszukujące dobrej hodowli, wprowadzić w błąd. Nieuczciwa konkurencja? Tak bym to nazwała chyba.
Otóż pewna pani ze stolicy (zostanę przy tej nazwie) na stronie swojej hodowli napisała „na podstawie statystyk” prowadzonych przez hodowców SHSRP, iż wśród szczurów pochodzących spod ich skrzydeł istnieje „plaga” nowotworów i wad serca. Wierzę w ideę hodowli szczurów rodowodowych, uważam, że SHSRP powinno istnieć, osobiście widzę efekty pracy jego hodowców. Co powiem na temat tej plagi? Powiem, że choroby u szczurów nie są wcale łatwe do wyeliminowania, ba! nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe. W końcu "pracujemy" na żywych istotach, a nie autach. Nawet po latach ostrej selekcji nie da się wyhodować linii idealnie zdrowych szczurów - nie da się bowiem przeskoczyć specyfiki gatunku, a szczur jako gatunek ma niestety tendencje do pewnych nowotworów, które i tak nie są bardziej wredne dla polskich hodowców od różnych "rzetelnych", co to przewertują wszystkie uczciwie podane (publicznie!) informacje i przekażą je dalej uwalone odpowiednio błotem.

Oczywiście, szczury z SHSRP cierpią nieraz na nowotwory, czego nie ukrywało nigdy ani SHSRP, ani należący do niego hodowcy. Cierpią jak inne szczury, przy czym obserwując własne stado stwierdzam, że na ogół mniej problemów zdrowotnych mam ze szczurami rodowodowymi (z SHSRP właśnie). Rodowód nie jest gwarancją zdrowia, tylko sprawdzonej linii – oznacza to, że u przodków danego szczura nie pojawiły się choroby mogące mieć podłoże genetyczne – niektóre nowotwory, wady serca itd. Co w sytuacji, gdy u ogonka z takiej linii pojawia się np. guz? Jego właściciel, po wycięciu tegoż guza, jest proszony o wysłanie go na badania histopatologiczne, które powiedzą, co to był za nowotwór: gruczolak, mięsak itd. Na tej podstawie stwierdza się, czy problem jest groźny dla linii i podejmuje decyzję o ewentualnej kontynuacji. Jeżeli rodzaj guza może stanowić zagrożenie, jest ona od razu wyłączana z dalszego rozmnażania. Do takich guzów nie zaliczają się hormonozależne gruczolaki listwy mlecznej, które są najczęstszym szczurzym (samiczym głównie) problemem tego typu i stąd zapewne ta "plaga guzów" w SHSRP.

Pani ze stolicy krytykuje innych, ale wystarczy pobuszować po jej stronie i poczytać jej wpisy, by dostrzec rażące braki w wiedzy i konsekwencji. Jak pisałam, aby móc mądrze prowadzić linie hodowlane i wyłączać z rozrodu te zagrożone guzami mogącymi nieść się na kolejne pokolenia, konieczne są badania histopatologiczne wyciętych guzów. Tymczasem pani ze stolicy na swojej stronie internetowej napisała wyraźnie, że mówi „nie” operowaniu nowotworów, gdyż operowanie ich jest tylko męczeniem zwierzęcia. Nie chcę się nad tym wpisem jakoś specjalnie znęcać, gdyż on (podobnie jak masa innych "ciekawostek" na stronie hodowli, charakterystycznych tylko dla niej) obnaża tę „hodowczynię” wystarczająco dobrze. Zwrócę tylko uwagę na dwie sprawy:
  • Czy rzeczywiście pozostawienie szczura z guzem w spokoju jest lepsze od operacji? Mamy tu ciekawe zestawienie: operacja i +/-tydzień bólu i rekonwalescencji kontra rosnący (wolniej lub szybciej, ale na pewno) guz uciskający na narządy i utrudniający funkcjonowanie – bo kto powiedział, że jak mi szczur dostanie guza w wieku 2 lat, to pożyje jeszcze tylko 2 miesiące? We własnym stadzie miałam przypadek samicy, która zapadła na nieoperowalnego wówczas guza w wieku 2 lat i 3 miesięcy i dożyła z nim… 3 lat i 2 miesięcy! (Kiedyś na pewno ten przypadek opiszę szerzej).
  • Jakim cudem ta pani może, jak twierdzi, prowadzić zdrowe linie, skoro nie operuje swoich szczurów = nie wysyła guzów na badania histopatologiczne = nie wie, na jakie guzy zapadają jej szczury = nie wie tak naprawdę, czy linia jest bezpieczna?! No chyba, że pani się znęcać nad zwierzątkiem nie będzie, ale inni, w tym nowe domki jej maluchów, już mogą – nie wnikam, choć to pokrętna logika jak dla mnie.

Życzę wszystkim chętnym na szczury trafienia na dobrego, uczciwego hodowcę, który nie będzie Wam mydlił oczu, że szczury z jego hodowli są najzdrowsze na świecie, a sam nie będzie się uważał za boga stojącego ponad weterynarzami i innymi hodowcami. Wkrótce postaram się pomóc w wybraniu takiego. Dobry hodowca to skarb. Doświadczyłam, więc wiem :) 
Na koniec zapraszam do zapoznania się z artykułem p. Żanety Lewandowskiej, właśnie na temat sensu pracy hodowlanej. Krótko, zgrabnie i mądrze.

czwartek, 1 maja 2014

O stadności, cz. I


Nie minęło kilka dni od ostatniego wpisu, a Maogonków, niestety, znów jest mniej.
W niedzielę znalazłam w klatce martwą Elenę, zupełnie niespodziewanie – jeszcze kilka godzin wcześniej brykała sobie po balkonach wokół klatki, a po jej zamknięciu czujnie, jak to ona, warowała przy bramce. Sekcja wykazała zator w jednej z tętnic płucnych. „Osierociła” swoją siostrę, Cika. Ja zaś stanęłam przed problemem, w jaki sposób mądrze rozwiązać kwestię tej samotności, bo szczur samotny szczęśliwy nie jest.

A ja kupiłam jednego szczura i mieszka sam, i jest szczęśliwy. Obiło się gdzieś o uszy? Przemknął przed oczami podobny wpis na forum? No właśnie.

Z samotnością szczurzą jest ten problem, że choć doświadczeni szczurarze zawsze stanowczo akcentują fakt, że szczury to albo w liczbie mnogiej, albo wcale, wiele osób wciąż bagatelizuje problem samotności. Przecież od tego się nie umiera, a ogon jedzenie, picie i klatkę ma. Niby prawda. Czemu jednak posiadacz samotnego ogonka na ogół nie może liczyć w środowisku miłośników tych zwierząt na zrozumienie i dlaczego ani hodowca, ani DT nie wyda nikomu swojego podopiecznego do adopcji wiedząc, że zwierzak mógłby mieszkać sam? Spróbujmy na chwilę zapomnieć o tym, co tam sobie gadają nicki na forach, a spójrzmy na szczura jego oczami.

Wyobraź sobie wieś, w której nie mieszka absolutnie nikt oprócz Ciebie. Twój dom stoi sobie z boczku. Kiedyś mieszkałeś z rodziną w mieście, może miałeś też przyjaciół, ale z jakiegoś nieznanego Ci powodu wylądowałeś tutaj. Nie wiesz, co to książki, Internet, telefon, telewizja. Jesteś tu sam jak palec, nie masz możliwości pojechania dokądkolwiek i spotkania się z jakimikolwiek ludźmi, do Ciebie też nikt nie przyjeżdża ani nie pisze, bo nikt nie zna Twojego adresu. Jedynym Twoim towarzyszem jest kot, lecz jak to on – czasem przyjdzie i da się pogłaskać, a potem zajmuje się swoimi sprawami, nie umie Cię też przytulić. Jak do niego mówisz, on albo tego nie rozumie, albo ma to gdzieś. Tak mijają tygodnie, miesiące, wreszcie całe lata. Co czujesz? Czy jesteś szczęśliwy?
Jednak nie, jak uświadomisz sobie, że miałbyś tak żyć choćby 5 lat? Ale przecież jedzenie, picie i dom byś miał. No normalnie, kot robi zakupy, kot przynosi, da się pogłaskać i leci dalej. Ciągle nie bardzo?

Czy rozumiesz już? Dokładnie tak czuje się samotny szczur. Podobnie jak Ty, ma potrzebę bliskości ze swoim gatunkiem – musi sobie pogadać na ultradźwiękach, powygłupiać się z kimś, chciałby, aby ten, do kogo się przytula, czasem go wyiskał. Zrobisz to? Fakt, iskanie jest możliwe, próbowałam palcami – Malinie pasowało, ale np. Elena wyraźnie dała mi do zrozumienia, że bycie szczurem mi nie wychodzi.

Dla niego w najlepszym razie jesteś mniej więcej tym, czym dla Ciebie jest Twój pies. Będziesz spędzał razem z nim 24 godziny na dobę, będziecie biegać, przeciągać razem linę, bawić się piłką. Tylko browara razem nie obalicie bez szkody dla psa ani nie pójdziecie na imprezę do klubu, bo od tego są inni ludzie. Szczur podobnie. Będzie Cię uwielbiał, lizał, dreptał za Tobą. Chciałby jednak mieć obok kogoś, kto będzie go rozumiał - drugiego szczura.
Ty szczurem nie jesteś, choćbyś nie wiem, jak się starał. 


Spójrz na tego ogonka.


Teraz spójrz na niego w towarzystwie innego:

Jest różnica, prawda? :)


Życzę Wam i Waszym ogonkom spokojnej, udanej majówki. Koniecznie w towarzystwie :)

Za "fioletowe zdjęcia" serdecznie dziękujemy Oli Brzeskiej - olus_165.

sobota, 26 kwietnia 2014

Witam serdecznie po prawie roku. Trochę powirowało w życiu, z pracą i bez pracy, w zdrowiu i bez zdrowia, chcąc-nie chcąc w zmienionym składzie stada, ale już jesteśmy, wkrótce w całkiem pokaźnej reprezentacji.

Na rozgrzewkę, pół żartem, pół serio: ostrzeżenie przed GMR. Uwierzcie mi, zespół GMR, szczuroholizm i ogonkowe zapalenie mózgu to straszne choroby :)





Dla tych, którzy mają wystarczającą ilość czasu i miejsca, i są względnie wolni od wyżej wymienionych schorzeń, mam informację, że Lela niedawno urodziła 14 wspaniałych klusek i aż 5 dziewczynek szuka nowego domku :)
Jako właścicielka Leli mogę tylko zachwalać. Jamniczek, jak Lelę nazywamy w domu, to szczur, który tak kocha człowieka, że nie wytrzymuje bez niego minuty - kiedyś mierzyłam ;) Dzieci mogą być tylko podobne albo jeszcze fajniejsze po proludzkim, zrównoważonym ojcu - Gabrielu SunRat's.
Ostrzeżenie: jeśli cierpisz na GMR, przed kliknięciem zapoznaj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy miot z wolnymi ogonkami zagraża Twojemu portfelowi oraz grozi epidemią cukrzycy typu "ooooch <3".

Lela była kryta i odchowuje swój miot w hodowli SunRat's, zgodnie z regulaminem Stowarzyszenia Hodowców Szczurów Rodowodowych w Polsce.

niedziela, 30 czerwca 2013

Witam :)
Mamy już ponad 280 wyświetleń i nawet 4 komentarze – nie spodziewałam się tego po samym wstępie i dziękuję Wam serdecznie. Oby było ich coraz więcej :) Dziękuję również za poparcie naszej Maogonkowej inicjatywy i reklamę na FB przez fanpage „Nie taki szczur straszny”, o której dowiedziałam się… przypadkiem. „Sprawca” przyznawać się nie musi – kim by nie był, najprawdopodobniej jest mi znany i tu mam akurat pewność, że działał w dobrej wierze :)

Fanpage promuje ulotki, których cel jest podobny do Maogonków: szerzenie wiedzy i dotarcie m.in. do tych, których czasem nachodzi chęć sprawienia sobie ogoniastego przyjaciela. Dziś kilka słów o szczurach, zanim zdecydujemy się na ich posiadanie.
Zapraszamy do przemyślenia tej decyzji :)